Slava’s Snowshow 2014.

 
Witam! Dziś troszkę odejdziemy od tematyki świątecznej, ale na pewno pozostaniemy w klimacie zimowym. Będzie refleksyjnie i dość długo, dlatego też proponuję Wam rozsiąść się wygodnie i mieć pod ręką coś dobrego do pochrupania i wypicia. Ja raczę się gorącą herbatką ziołową na uspokojenie skołatanych nerwów, a w tle przygrywa mi Enigma. Jest przyjemny wieczór, jestem już w piżamie, a na oknie migoczą świąteczne lampki, idealne miejsce i czas na przemyślenia i interpretację sztuki.  O jakiej sztuce mowa? Otóż jakiś czas temu wybrałam się z Agnieszką, autorką bloga Kultura po szwajcarsku, a prywatnie moją dobrą koleżanką, na owiane sławą przedstawienie Slava’s Snowshow. Od razu na wstępie informuję, że zdjęcia zamieszczone w tym wpisie są ściągnięte z oficjalnej strony wydarzenia i udostępnione dla mediów bez konieczności podawania ich źródła. Podczas przedstawienia nie można było robić zdjęć, a ja takich zasad bezwzględnie przestrzegam. To co, zaczynamy przygodę!
 
 
Na początku przedstawiam: Wjatscheslaw „Slava” Polunin, ojciec sztuki, o której będzie dziś mowa. Nazywany najlepszym klaunem na świecie, urodzony w Związku Radzieckim w 1950 roku. Studiował w Leningradzie gdzie w 1979 roku otworzył szkołę aktorską dla klaunów. Ze względu na reżim panujący wtedy w jego kraju postanowił jeździć po Europie i tam wystawiać swoje spektakle. Dopiero w roku 1993 po raz pierwszy wystawił „Slava’s Snowshow” w Rosji. Od tego czasu, już swobodnie, jeździ po całym świecie i zachwyca widzów swoją sztuką. Został również zaproszony do współpracy z Cirque du Soleil. Z cyrkiem wystąpił w ponad 59 krajach. „Slava’s Snowshow” natomiast wystawił już w ponad 30 krajach i 120 miastach. Z Hong Kongu poprzez Paryż, Londyn, Nowy York, aż do Sydney. 
 
 
Kilka słów na temat tego w jaki sposób przedstawienie jest reklamowane. Przede wszystkim widz zaproszony jest do wędrówki, podczas której granice między światem rzeczywistym, a światem fantazji zacierają się. Podobnie dzieje się z granicami szczęścia i smutku, efekt spotęgowany jest bardzo dobrze, moim zdaniem, dobraną muzyką, której posłuchać możecie TUTAJ. Ci, którzy wybiorą się na przedstawienie muszą liczyć się z tym, że spotkają trupę błaznów, która gra przede wszystkim dopracowaną w każdym szczególe mimiką oraz jak najmniejszą ilością ruchów. Głównym bohaterem jest sam Slava, który sprawnie żongluje pułapkami życia codziennego. Wszystko to ma na celu przeniesienie publiczności do świata dziecięcego i pokazanie, że każdy dorosły może widzieć świat oczami dziecka, a każde dziecko może dostrzegać to co widzą dorośli. 
 
 
Przejdźmy teraz do moich subiektywnych przemyśleń i opinii. Pierwsze na co zwróciłam uwagę to bardzo dobre budowanie nastroju poprzez grę świateł i odpowiednio dobrany podkład muzyczny. Zacznijmy od początku, piosenka „Vangelis – La petite fille de la mer” delikatnie muska zmysły widza, podczas gdy na scenę w zwolnionym tempie wchodzi klaun ciągnący za sobą sznur z pętlą. Wstrzymałam oddech i zrobiło mi się przykro, że już na samym początku główny bohater chce się powiesić. Nagle jednak pojawia się drugi klaun, muzyka ożywia się. Pojawia się coraz więcej postaci, utwory stają się żywsze, wywołujące gęsią skórkę. Uwierzcie mi, że gęsia skórka to nie jest coś co często gości na mym ciele. Muszę być bardzo podniecona, zaintrygowana i pochłonięta tym co widzę, czuje i słyszę, aby moje ciało tak zareagowało. Dawno włosy nie stały mi dęba przez tak długi czas. Każda scenka opatrzona została doskonale dobranym podkładem muzycznym. Piorunujące jednak wrażenie wywarła na mnie scena, w której poprzedzającą ciszę i ciemność na sali rozdarły głośne dźwięki „Carmina Burana – O Fortuna”. Myślałam o tym, aby wstawiać Wam tu fragmenty przedstawienia, o których piszę, ale doszłam do wniosku, że to i tak nie odda tego czego człowiek doznaje będąc na sali teatralnej. Ten ogrom, te światła, te dźwięki, ach! :)  
Kolejna rzecz to kontakt z publiką. Bardzo, ale to bardzo lubię tego typu współpracę. W pewnym momencie klauny zeszły ze sceny i zaczęły, dosłownie, chodzić po ludziach. Aktorzy skakali po oparciach foteli, podpierali się o głowy widzów, siadali im na kolana, polewali wodą czy obsypywali konfetti imitującym śnieg. Śnieg ten był wszechobecny, pod nogami, we włosach, na ubraniach, w torebkach, dosłownie wszędzie! Ależ był ubaw! Siedziałam, uśmiechałam się i klaskałam jak dziecko. Czekałam aż klaun do mnie podejdzie jak dziecko na upragnionego cukierka. Nie wiem jak opisać Wam to słowami, ale poczułam się naprawdę szczęśliwa. Doświadczyłam szczerej radości z tego, że jestem w tym miejscu i biorę udział w czymś wspaniałym. Warto przeżyć coś takiego :)

 
Powiem wprost, przeżyłam orgazm kiedy ze sceny zostały wyrzucone w stronę publiki ogromne, kolorowe balony. To było apogeum mojej dziecięcej radość! Bałam się, że kąciki ust nie wytrzymają napięcia i usłyszę PYK, a potem już tylko krew i łzy, tak szeroko się śmiałam! Na początku pisałam, że przedstawienie ma na celu między innymi sprowadzić człowieka dorosłego do poziomu dziecka i tak się właśnie stało. Sądzę, że większość widzów radowała się na widok kolorowych, ogromnych balonów jak dzieci. Skakali, śmiali się, krzyczeli, odbijali… istny szał! :) 
 

Momentami jednak było również smutno i bardzo refleksyjnie. Ciężko mi dokładnie streścić o czym była sztuka. Każdy z nas jest bogaty w inne doświadczenia życiowe, przez pryzmat których może zinterpretować to co zobaczył na scenie. Ja widziałam samotnego człowieka, który pogubił się w swoich marzeniach i pragnieniach. Gdzieś zatarła mu się granica między rzeczywistością, a wyimaginowanym w jego głowie światem. Widziałam radość, nadzieję, rozczarowanie, tęsknotę i rozdzierający ból. Może zabrzmi to dla Was dziwnie, ale poza wcześniej wspomnianą radością odczuwałam również te mniej przyjemne emocje. Poczułam w pewnej chwili tęsknotę za dzieciństwem i wolnością, za tym beztroskim postrzeganiem świata. Mimo wszystko to wspaniałe uczucie, kiedy sztuka wywiera na nas takie wrażenie i pobudza tak wiele szufladek w ludzkim umyśle.

 
Jeszcze raz to powiem, trzeba to przeżyć i zobaczyć na własne oczy! Koniecznie! Wiem jednak, że nie każdy ma taką możliwość, niestety. Zdecydowałam się Wam więc podrzucić link do filmu z tego przedstawienia. Znajdziecie go TUTAJ. Obejrzałam go i nie ma niestety porównania do tego, co dzieje się na scenie. Boję się, że obejrzycie, popukacie się w głowę i pomyślicie, że oszalałam, podniecając się czymś takim. Mam jednak nadzieję, że mimo kiepskich efektów wyciągniecie wiele z samej treści. Otwórzcie umysł, wczujcie się i dajcie się ponieść emocjom! :) 
 
(Visited 85 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.