Powrót do przeszłości, czyli wspomnień czar!

Wiele osób mieszkających w Polsce postrzega Szwajcarię jako kraj idealny. Krainę mlekiem i miodem płynącą, choć właściwiej byłoby powiedzieć serem i czekoladą. Ledwo postawisz pierwszą stopę na szwajcarskiej ziemi, a z nieba spada Ci na łeb garnek złota, policzki wypełniają się pysznym serem, a paluszkami ociekającymi czekoladą podpisujesz bezterminową umowę o pracę. Witamy, rozgość się, niczego Ci tu nie zabraknie! I naprawdę bardzo chciałabym napisać, że właśnie tak wyglądał mój pierwszy dzień w Szwajcarii, ale to byłoby chyba największe kłamstwo mojego życia! 

Decyzja o wyjeździe nigdy nie jest łatwa. Niezależnie od tego gdzie się wyjeżdża, z kim się wyjeżdża, z jakim zapleczem, nigdy nie jest łatwo! Mimo, iż ja przed wyjazdem do Szwajcarii miałam już dość spore doświadczenie związane z mieszkaniem za granicą (możecie o tym przeczytać TUTAJ) to była to dla mnie bardzo ciężka decyzja. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, czy poradzę sobie z załatwianiem wszelkich spraw, czy znajdę pracę, czy spotkam ludzi godnych zaufania. Powiem szczerze, choć trochę wstyd mi, że do czasu aż się tu nie znalazłam to nie wiele wiedziałam na temat tego kraju. Ba! Ja NIC o nim nie wiedziałam. Był dla mnie tak odległy i tak nieosiągalny, że żadne informacje z nim związane nie docierały do mnie. Przyszedł jednak dzień, w którym mój ówczesny partner dostał pracę w Zurychu i musiałam się zdecydować, czy to będzie początek końca naszego związku czy też początek serowej przygody. Serowa przygoda trwa już 4 lata, ale początek końca też się poniekąd ziścił. O wielkich zmianach opowiem jednak przy innej okazji ;) 

Pamiętam ten dzień jak dziś. 16 godzin w autobusie! Wtedy jeszcze bałam się latać, nie było też bezpośredniego połączenia Wrocław – Zurych, więc nie miałam zbyt dużego wyboru. 16 godzin kręcenia się w fotelu, walki z mdłościami i niepokojącymi myślami napływającymi z każdej strony. Dojechałam koło południa. Jakież było moje zdziwienie, że nikt nie wita mnie ze wspomnianym garem złota, serem i czekoladą! Gdzie jest mój pakiet powitalny, pytam się?! Były kwiaty i pluszowy słoń, też miło. Pierwsze co zauważyłam i co mnie zdziwiło, a zarazem zachwyciło, to rzeka w środku miasta. I to taka szeroka i zielona! Dziwnie mi teraz o tym pisać, ponieważ Zurych jest dziś moim domem i uwielbiam go w każdym calu. Wtedy wydawał się bardzo obcy, ale fascynujący. Jechałam do domu z nosem przyklejonym do szyby samochodu, podziwiałam widoki i chyba nie wiele docierało do mnie z tego co było do mnie mówione. Cały czas jednak w głowie kotłowały się myśli, czy aby na pewno to jest moje miejsce na ziemi. Rozpakowałam się, nacieszyłam partnerem po prawie dwóch miesiącach rozłąki i wyruszyłam na miasto. I tutaj serce mi stanęło. Zupełnie nie rozumiałam co ludzie dookoła mnie mówią! Byłam przekonana, że mówi się tu po niemiecku, a ten język przecież nieźle znałam, więc skąd ten niezrozumiały bełkot?! I w tym momencie zostałam uświadomiona, że istnieje coś takiego jak dialekty i uspokojona, że z moim niemieckim jest wszystko w porządku. Dialekty… do dzisiaj napawają mnie strachem, choć osłuchałam się już i całkiem dużo rozumiem. Przyjedzie też dzień, że będę w tutejszym dialekcie mówić. Trzymajcie kciuki! ;)

Pojechaliśmy do centrum, na słynną Bahnhofstrasse. Nie wiem czego się spodziewałam, chyba kamienic ociekających złotem i tymże złotem też obwieszonych ludzi. Był początek listopada, szaro buro i mało atrakcyjnie. Owszem, witryny sklepowe kolorowe, przemyślane, rzucające się w oczy. Ludzie jednak ubrani normalnie, przemykali szybkim krokiem wyciągając liście z rozwianych włosów. Nie zrobiło to zupełnie na mnie wrażenia. Ot zwykłe miasto, a miało być takie bogate! Dziś wiem, że na Bahnhofstrasse są ogromne pieniądze! Trzeba tylko nauczyć się ja zauważać, rozpoznawać i doceniać. Sama siebie zaskoczyłam tym jaką wizję tego miejsca zbudowałam sobie na szczątkowych opiniach zasłyszanych gdzieś przypadkiem. Durna babo! Wtedy jednak bardzo zmęczona, rozczarowana i przerażona cenami w spożywczaku wróciłam do domu i zasnęłam. Nie chciałam myśleć, chciałam odpocząć.

Tyle. Nie opowiem nic śmiesznego ani błyskotliwego bo ten dzień taki nie był. Głowa mi pękała od natłoku myśli i marzyłam tylko o odespaniu podróży.

A jaki był Twój pierwszy dzień w nowym kraju bądź mieście? 

Wpis ten powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. To miejsce w Internecie, które zrzesza blogerki (i jednego blogera!) z całego świata! Dzielimy się z Wami swoimi przemyśleniami, kulturą miejsc, w których mieszkamy, historiami z dnia codziennego, praktycznymi poradami oraz pięknymi zdjęciami. Zapraszam i zachęcam do polubienia strony Klubu Polki na Obczyźnie na Facebooku oraz zaglądania na naszą stronę gdzie poznacie wspaniałe osoby z wielu zakątków na ziemi :) 

(Visited 523 times, 1 visits today)

8 Comments

  1. Anna M-a napisał(a):

    Oj jak ja to wszystko znam z pierwszego dnia w Szwajcarii! :) Tylko, że ta rzeka, to była w Bernie… ale ja miałam swoją przyjazną duszę, Agnieszkę, ale wszystko wydawało się takie, jak mówisz. Ale koniec końców – Szwajcaria jest cudna :)

  2. Aneta Grenda napisał(a):

    Bardzo szczegółowo pamiętasz ten dzień i to, co wówczas się działo. Są takie decyzje, że zmieniają nasze życie, po których już jest inaczej i jesteśmy szcześciarzami, gdy to inaczej oznacza dobrze, lepiej, czy wspaniale :)

  3. Mag napisał(a):

    O Zazdro sto! Marzymy o Szwajcarii, nawet ze świadomością, że nie wszystko tam serowo czekoladowe. Ale te góry!

  4. Olka napisał(a):

    Powiem szczerze, że mnie Szwajcaria oprócz z serem i złotem, kojarzy mi się z górami i bardzo wysokimi cenami. Chciałabym ten kraj kiedyś zobaczyć, udać się na trekking po Alpach, ale zwyczajnie mnie nie stać. Może kiedyś się uda. :)

  5. Fru napisał(a):

    Mnie Szwajcaria kojarzy się – będzie trochę creepy – z połączeniem luksusu i krów. Choć przyznam szczerze, że jawi mi się też przed oczami Szwajcaria z przygodami Heidi w tle ;)

  6. Monika | We are Online napisał(a):

    Też pierwszy raz jechałam do Szwajcarii (ale wtedy jeszcze nie na stałe) autokarem. Z Krakowa do Genewy jechał 24 godziny! Nie było tragicznie, bo lubię jeździć, ale teraz sobie nie wyobrażam ;) Nawet z przesiadkami samolotem jest nieporównywalnie wygodniej. A odkąd mam tanie bezpośrednie połączenie na swojej trasie to praktycznie żyję na walizkach.

  7. Asia napisał(a):

    Przenosiny w nowe miejsce nigdy nie są łatwe, ale jak sama udowadniasz, warto podjąć wyzwanie! Życzę Ci, byś jak najszybciej opanowała ten dialekt :)

  8. Ania napisał(a):

    Te autobusy to jakaś zmora udających się w te rejony. Ja też nim jechałam do Salzburga. U mnie na blogu też mam opisany pierwszy dzień. Moje wyobrażenia, hmmm, nie wiedziałam co sobie wyobrażać, bo znałam tylko Wiedeń. Może stąd ten lęk. Lęk przed nieznanym… no uczucie przygody!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.