Lanzarote, czyli palmy na Księżycu?

Witam serdecznie po dłuższej przerwie :) Jak zapewne część z Was wie, zeszłoroczny urlop spędziliśmy na Teneryfie. Relację z tego pobytu znajdziecie TUTAJ. Jak zapowiadaliśmy w zeszłym roku, tak zrobiliśmy i tegoroczne wakacje spędziliśmy również na jednej z Wysp Kanaryjskich, tym razem padło na Lanzarote. Wstępnie na przyszły rok planujemy Fuerteventurę, ktoś był i poleca bądź odradza? Co warto zobaczyć? Post ten nie będzie wyłącznie przedstawieniem odwiedzanych przez Nas miejsc, ponieważ wiele z Was prosiło o szczegóły związane z organizacją takiej podróży. Postaram się wpleść tu troszkę konkretów zarówno organizacyjnych jak i finansowych :)
 
 
Wycieczkę wykupiliśmy w TUI.CH, ponieważ mieli dobre ceny oraz korzystne warunki ogólne. Zdecydowaliśmy się na pobyt 13-dniowy z opcją All Inclusive, co po dodaniu wszelkich ubezpieczeń (takich jak na przykład ubezpieczenie od rezygnacji) wyniosło nas ok. 1300 CHF na głowę. Dużo i nie dużo, zależy kto jak na to patrzy i jakim dysponuje budżetem. Jeśli chodzi o rezerwację to odbyła się ona za pośrednictwem Internetu, wszystko sprawnie i bez żadnych problemów. Po wykupieniu wycieczki musieliśmy wpłacić, jak dobrze pamiętam, 30% sumy całkowitej za dwie osoby. Następna wpłata to już spłata całości, najpóźniej na miesiąc przed wylotem. W formie PDF dostaliśmy wyłącznie potwierdzenie rezerwacji oraz plan podróży, a więc dokładne daty i godziny odlotów, transferu i zakwaterowania wraz z numerem niezbędnym do zrobienia odprawy online. Lecieliśmy liniami Air Berlin, na których stronie dokonaliśmy odprawy 72 godziny przed odlotem. Jak wygląda odprawa chyba opisywać nie muszę. Więcej zdjęć z lotu zobaczycie TUTAJ, warto!
 
Wylądowaliśmy o czasie, bez problemów. Z lotniska do hotelu zostaliśmy przewiezieni małym busikiem. W związku z tym, że w hotelu byliśmy około godziny 10:00 rano, Nasz pokój nie był jeszcze gotowy do zamieszkania i musieliśmy ponad godzinę poczekać. W tym czasie dokonaliśmy rejestracji oraz dostaliśmy opaski, które należy nosić przez cały pobyt (właściwie to samemu nie dało się ich zdjąć), a które symbolizowały, iż mamy opcję All Inclusive i możemy korzystać z wszelkich dobrodziejstw w tym pakiecie oferowanych. I tak mogliśmy bez ograniczeń pić drinki, które jak na darmową ofertę były bardzo dobre (w zeszłym roku na Teneryfie były paskudne!). Wyjątkowo zaś dobre były wtedy, kiedy robił je barman o imieniu Jesus, czyżby jakieś tajemne moce? ;) Jeśli chodzi o jedzonko to właściwie od godziny 8:00 rano do godziny 22:00 można było jeść do woli. Przekąski takie jak fast foody, świeże warzywa i owoce oraz słodycze i napoje dostępne były cały czas. Śniadania, obiady oraz kolacje były natomiast urozmaicone i pełne pyszności przygotowywanych przez kucharzy w obecności wczasowiczów. W ten sposób mogliśmy mieć pewność, że to co jemy nie jest odgrzewane w mikrofali, a świeżo przygotowane. Cóż więcej mówić? Było smakowicie o czym świadczyły pełne talerze na każdym stoliku oraz wskazówka wagi, która po powrocie nieco drgnęła w niepożądaną stronę. Ach, było coś jeszcze! W hotelu znajdują się restauracje tematyczne takie jak meksykańska, azjatycka czy kanaryjska. Możemy skorzystać z takiej kolacji za darmo zapisując się na nią uprzednio w recepcji. My wybraliśmy się do knajpy ze smakami azjatyckimi, które ja bardzo lubię, a za którymi Jacek nie przepada, ale dzielnie mi towarzyszył i coś tam dziubnął :) Jedzonko bardzo dobre, choć nie zaskoczyli mnie niczym nowym, wszystkie potrawy miałam już okazję wcześniej jeść. Na terenie Hotelu znajdowały się również atrakcje takie jak dwa duże baseny, basenik dla dzieci, strzelnica, siłownia, salon kosmetyczny, dyskoteka, itd. Miejsce zdecydowanie dostosowane jest do rodzin z dziećmi, dla których przygotowany został bogaty program rozrywek. Ogromnym minusem Riu Paraiso jest brak darmowego WiFi, a ceny za udostępnienie (wyłącznie na jednym urządzeniu!) zdecydowanie nie zachęcały. Tym oto sposobem spędziliśmy wspaniały urlop zupełnie offline :)
Oficjalna strona hotelu: http://www.riu.com/
 

Kilka słów na temat miejscowości w jakiej się zatrzymaliśmy, a było to miasteczko o pięknej nazwie Puerto del Carmen, które jest największym centrum turystycznym wyspy Lanzarote. Nasz hotel znajdował się na uboczu, ale do centrum spacerkiem daleko nie było. W każdej chwili można było również podjechać autobusem, którego cena za jeden przejazd wynosiła ok. 1,70 euro. Przez miasto, a zarazem wzdłuż plaż ciągnie się główna ulica, na której znajdziecie setki restauracji, kawiarni, butików, sklepów z pamiątkami, wypożyczalni samochodów oraz wiele innych. Lubiących historię zapraszam do zwiedzenia dzielnicy La Tinosa, która rozlokowana jest wokół portu. Co ciekawe w obrębie miasta znajduje się aż osiem plaż. Nasza plaża była plażą piaszczystą, jak widać na powyższym zdjęciu. Piasek nie był czysto żółty jak na rajskich plażach, ani też typowo wulkaniczny jaki widzieliśmy na plażach Teneryfy, a mieszany. Parzył ten piasek, oj parzył! Duża powierzchnia pozwalała na odrobinę swobody, ludzie nie leżeli ściśnięci, spokojnie można było zachować kilkumetrowe odstępy. Na plaży znajdowały się leżaki, na które jednak trzeba było polować z samego rana, ponieważ ich liczba nie była dostosowana do liczby turystów wczasujących się w tej okolicy. Woda ciepła, można było popływać, ale również poskakać, kiedy pojawiały się fale. Jedynym minusem były silne wiatry występujące co kilka dni. Robiło się wtedy bardzo nieprzyjemnie, ponieważ ostry piasek smagał ciało i miało się wrażenie, że jest się nakłuwanym tysiącami malutkich i bardzo ostrych igiełek. Polecam więc kupno/wynajem parawanu, zaopatrzenie się w czapkę/kapelusz, okulary przeciwsłoneczne i chustkę na twarz dla wrażliwców. Więcej zdjęć z miasta i plaży, po której stąpaliśmy znajdziecie TUTAJ
.

W końcu przechodzimy do wycieczek! Będzie ciekawie :) W zeszłym roku korzystaliśmy z wycieczek organizowanych przez biura podróży bądź stacjonarnych organizatorów. W tym roku postanowiliśmy zwiedzić wyspę na własną rękę i wypożyczyć na kilka dni auto. Mini Cabrio na powyższym zdjęciu to właśnie wynajęty przez Nas pojazd (140 euro za 3 dni + 30 euro paliwo), dzięki któremu zobaczyliśmy wiele więcej niż Ci, którzy zdecydowali się na zwiedzanie autokarem. Jeśli chodzi o wynajem samochodów to wypożyczalnie znajdują się na każdym kroku. Do podpisania umowy potrzebny jest wyłącznie dowód tożsamości oraz prawo jazdy. Szczerze mówiąc kabrioletem jeździłam po raz pierwszy i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Nie dość, że wiatr muskał rozgrzane ciało to można było swobodnie rozkoszować się mijanymi widokami. Rozpoczynamy więc podróż :)

~~ PLAYA PAPAGAYO ~~
 

Na powyższym obrazku widzicie jedną z siedmiu zatok skupionych pod nazwą Playas de Papagayo. Wjazd na teren skupiska to koszt 3 euro za samochód. Droga paskudna, piaszczysta, wyboista, usypana kamieniami. Doturlaliśmy się jednak, a Naszym oczom ukazały się plaże o czystym, żółtym piasku oraz krystalicznie czysta, turkusowa woda. Raj ten osłonięty jest wysokimi skałami, które skutecznie chronią przed wiatrami. Oczywiście, choć nierozsądnie, postanowiliśmy skrócić sobie drogę i wspiąć się po skałach na szczyt. Jakiż ubaw musieli mieć plażowicze widząc mnie pokonująca kolejne metry w sukience, która bardzo swobodnie i radośnie powiewała na wietrze ukazując moje wspinające się pośladki. N aszczęście nauczona doświadczeniem podczas każdej wycieczki miałam w bagażniku zapasowe adidasy, poneiważ nie wszędzie dało się dreptać w sandałkach. Wdrapaliśmy się jednak, pospacerowaliśmy i trafiliśmy na teren pokryty ogromną ilością ułożonych z kamieni serc z inicjałami i imionami kochanków. Jacek się śmiał, że wygląda to trochę jak cmentarzysko, ale mimo wszystko robiło wrażenie. Oczywiście ułożyliśmy własne serce, nie mogłam przecież przejść koło tego obojętnie i nie zostawić romantycznego kawałka siebie na wyspie. Mam nadzieję, że ten gest nie uśmierci Naszej miłości ;) Więcej zdjęć z rajskiej plaży zobaczycie TUTAJ
.
~~ LOS HERVIDEROS ~~


Kolejne odwiedzone przez Nas miejsce to Los Hervideros, wybrzeże skalne prezentujące naturalne formy przyrody. Formacje te powstawały przez lata dzięki wodzie, która rzeźbiła w zastygającej magmie tunele, jaskinie oraz inne szczeliny. Miejsce ciekawe, godne odwiedzenia. Niestety jego urok zepsuła autokarowa wycieczka turystów, którzy nie dość, że rozeszli się jak mrówki wypełniając całą okolicę to dodatkowo denerwowali swoim bezmyślnym zachowaniem. Ja rozumiem, że każdy wszystko chce dokładnie obejrzeć, ale żeby pchać się w miejsca wąskie, gdzie ewidentnie zmieści się tylko kilka osób, i uniemożliwić swoim natarciem wydostanie się innych z tego miejsca to lekka przesada. Niestety charakter mam taki, że irytuje mnie do granic możliwości ludzka bezmyślność. Mimo wszystko miejsce godne uwagi, dlatego zapraszam do obejrzenia reszty zdjęć TUTAJ. :) 
 
 
~~ PARQUE NACIONAL DE TIMANFAYA ~~
 

Jeśli są wśród Was tacy, którym marzy się podróż na Księżyc, to jako substytut proponuję wybranie się do Parku Narodowego Timanfaya, zwanego przez Nas potocznie Fają Timona (I tu nasuwa się myśl o bajce „Król Lew”, ktoś płakał podczas sceny śmierci Mufasy? ;)) Zaskoczy Was tam księżycowy krajobraz uformowany na przełomie lat 1730/1731, kiedy nastąpiły ostatnie wybuchy wulkanów na wyspie. Wjazd na ten surowy, acz zaskakujący teren to koszt 9 euro od osoby. Kiedy już odstaliśmy swoje w kolejce na górę i zaparkowaliśmy samochód zostaliśmy skierowani do autokaru wycieczkowego. Ten zabrał nas na ok. 30 minutową podróż wśród wygasłych wulkanów i wszechobecnej lawy. Widoki niesamowite, te formy, te kolory! Wszystko zapiera dech w piersiach. Podczas całej podróży kręciłam film, mam nadzieję, że wkrótce uda mi się go zmontować i podzielić się z Wami tym, co widzieliśmy na własne oczy. Szczerze mówiąc przy tym krajobrazie widoki spod teneryfskiej Teide chowają się. Po powrocie udaliśmy się na obiad do słynnej Restauracji El Diablo. Cóż w niej takiego niezwykłego? Ano to, że za grilla służy ogromny otwór prowadzący do wnętrza Ziemii, z której zieje żar. Nad grillem w kształcie ogromnego koła nie jest się człowiek w stanie nachylić taki gorąc bucha. Skusiliśmy się na kurczaczka z tegoż wyjątkowego grilla w towarzystwie warzyw i pieczywka. Nie co dzień jada się obiad w ten sposób przyrządzony, a do tego mając przed oczami takie krajobrazy. Jeśli wybieracie się na wyspę to nie możecie przegapić tego miejsca! Kiedy jedzie się samochodem, nie czuć ogromu powierzchni jaką się przemierza, natomiast z góry wygląda to zupełnie inaczej. Radość w moim sercu pojawiła się, że miałam okazję zobaczyć tak wspaniałe twory przyrody. W prawdzie my z tego nie skorzystaliśmy, ale jest również możliwość wykupienia wycieczki po Parku, która odbywa się na wielbłądach :) Wynajęcie jednego wielbłąda to koszt 12 euro.

Więcej zdjęć TUTAJ.

~~ SALINAS DEL RIO ~~


Ta wielka, zajmująca 106,380 metrów kwadratowych, odsalarnia wody robi ogromne wrażenie na turystach nie tylko powierzchnią, ale przede wszystkim kolorowymi zbiornikami, które układają się w niezwykłą mozaikę. Prawdopodobnie po raz pierwszy wydobyto tu sól w XVII wieku.

~~ JAMEOS DEL AQUA ~~ 


To podobno najczęściej odwiedzane miejsce na wyspie Lanzarote. Wstęp to koszt 8 euro. Jest jednak możliwość kupienia biletów kombi do kilku miejsc turystycznych, wychodzi to wtedy ciut taniej. Pierwsze co ukazało się Naszym oczom po przekroczeniu bramek wstępu, to ogromny fragment długiego łańcucha korytarzy lawowych. Na dnie jaskini uformował się zbiornik wodny, który ma niesamowitego mieszkańca. Otóż wody te są królestwem dla raka albinosa, który zamieszkuje oceany na głębokości 3 000 metrów. Cóż go więc tu sprowadziło? Nie wie nikt. Niestety nie dane było Nam zobaczyć tego niezwykłego zwierza, ale sam korytarz robił wrażenie. Trafiliśmy na porę, w której poziom wody się podniósł i w celu przedostania się na drugą stronę jaskini trzeba było zdjąć buty i brodzić w lodowatej wodzie po kostki. Cóż za przygoda! Powyżej jaskini znajduje się piękny basen widoczny na powyższym zdjęciu otoczony dziką roślinnością. Na zdjęciach możecie dojrzeć również salę koncertową. Cudnie!

Więcej zdjęć TUTAJ.

~~ CUEVA DE LOS VERDES ~~
Lubicie horrory? My ostatnio mieliśmy wieczory pełne grozy, ot taka ochota na ten rodzaj kina. W większości wybieraliśmy filmy, których akcja rozgrywa się w jaskiniach bądź opuszczonych tunelach. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że kolejna atrakcja polega na zejściu do jaskini. Nie powiem, że moja bogata wyobraźnia nie podpowiadała mi obrazów, które wywołały gęsią skórkę. Raz się jednak żyje, trzeba spróbować wszystkiego, w końcu turyści wchodzą tu od lat i wychodzą żywi, a do tego bardzo zadowoleni :) Długość tunelu udostępnionego do zwiedzania to 2 kilometry, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Po pierwsze sam system korytarzy, który został zachowany w naturalnej formie, poza stworzeniem przez człowieka kilku schodków, oświetlenia i przewężeń, nadawał temu miejscu niepowtarzalnego klimatu. Po drugie w części tunelu można było na podstawie kolorów rozpoznać różne minerały: fosfor, magnez, wapń, węglik czy tlenek żelaza. Wspaniała kolorystyka oraz niesamowite formy utworzone przez zastygającą lawę. Udało Nam się zejść 50 metrów ponad powierzchnię, coś niesamowitego. Bardzo ciekawym było utworzone pomiędzy skałami jeziorko, które wyglądało jak lustro. Kiedy podeszliśmy do niego, nie wiedząc jeszcze, że jest to woda mieliśmy wrażenie, iż patrzymy w przepaść. Okazało się jednak, że to tafla wody tak idealnie odbijająca górną cześć jaskini. Kiedy przewodnik rzucił na taflę kamień Naszym oczom ukazała się wzburzona woda, która miała głębokość zaledwie 20 cm. Na prawdę coś niesamowitego i godnego uwagi. Poza tym w jaskini jest niesamowita akustyka, praktycznie nie ma tam w ogóle echa. Więcej zdjęć z tego niezwykłego miejsca znajdziecie TUTAJ. Wstęp to koszt 8. euro.

~~ MIRADOR DEL RIO ~~
Wyspa na zdjęciu to najbliżej położona Lanzarote wyspa La Graciosa. Obserwować ją w pełnej krasie możemy z tarasu widokowego Mirador del Rio, który znajduje się na wysokości 400 metrów. Widoki zapierają dech  w piersiach (Czy ja tego nie nadużywam?)  Koniecznie musicie zobaczyć TUTAJ więcej zdjęć. Punkt widokowy to również kawiarenka, w której możemy napić się dobrej kawy bądź zjeść coś słodkiego, a także kupić kilka pamiątek :)
~~ MUSEO DE LA PIRATERIA ~~


Na Zamek trafiliśmy zupełnym przypadkiem, przejeżdżając nieopodal. Dobry był to wybór, ponieważ widoki ze szczytu były niesamowite! Budowla została wzniesiona w XIV wieku i dziś jest siedzibą Muzeum Piractwa na Wyspach Kanaryjskich. Płacimy 3 euro wstępu i przenosimy się w krainę piratów. Ciekawie zrobione choć moim zdaniem zaprezentowano za dużo rysunków, a za mało eksponatów. Zdjęć z wnętrza nie mam, ponieważ nie dopilnowałam ustawień sprzętu i w zaciemnionych pomieszczeniach fotografie wyszły bardzo zaszumione. Zapraszam jednak do obejrzenia wspaniałych widoków TUTAJ.

Oficjalna strona: http://www.museodelapirateria.com/en/el-castillo-de-santa-barbara

~~ SUBMARINE SAFARI ~~ 


Wielkie rozczarowanie, za które zapłaciliśmy 47 euro (rezerwacja online), normalny koszt to 55 euro. Zabawa polega na przepłynięciu się łodzią podwodną na głębokości 30 metrów. W materiałach zachęcających pokazanych było wiele atrakcji, których w rzeczywistości nie było. Owszem, rybki za okienkiem pływały, Pan nurek przez chwilę pomachał i powygłupiał się, jakiś statek w częściach ujrzeliśmy i na tym koniec. Spodziewałam się większej liczby wraków/skarbów na dnie, nurek miał cuda z rybkami wyczyniać, a tu tak troszkę nijak. Czuję ogromny niedosyt, którego nie rekompensuje mi fakt, iż mogę pochwalić się certyfikatem głoszącym, żem głęboko pod wodą pływała.  :(
 

~~ ARRECIFE ~~


Ciężko odmówić sobie zwiedzenia tego miasta, ponieważ jest ono stolicą wyspy. Przyznam szczerze, że mieliśmy duże oczekiwania co do atrakcji w tym miejscu, ale nie można powiedzieć, że nie warto tam jechać. Po pierwsze warto przespacerować się plażą o złocistym piasku i zanurzyć stopy w turkusowej wodzie. Podczas spaceru łypać oczkiem można na imponujący Gran Hotel, który zdecydowanie góruje nad niższą zabudową miasta. Nie trudno zauważyć, że miasto zachowało charakter i styl kolonialnej wioski rybackiej. Idąc wzdłuż wybrzeża natknąć się możemy nie tylko na mały port, ale również na Castillo de San Gabriel, który możecie podziwiać TUTAJ na zdjęciach. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie wdrapania się na armaty i odpowiedniego pozowania. To jednak niech zostanie w rodzinnym albumie ;) Ciekawym miejscem okazała się mała zatoczka, na której spoczywa kilkanaście wraków małych łódek i kutrów. Wygląda to ciekawie na tle miejskiej panoramy. Polecam zajrzeć do Arrecife, ale nie robić sobie dużych nadziei i nie planować spędzenia tam całego dnia.

~~ RANCHO TEXAS PARK ~~
 

Doskonałe miejsce na wypad z dziećmi, ale nie tylko. Spotkaliśmy w tym miejscu wiele pięknych zwierząt, a jak wiadomo ja zwierzątka kocham i byłabym bardzo zawiedziona nie odwiedzając ich na Lanzarote. Park zaprojektowany ciekawie przy pomocy skał oraz roślinności. Bardzo podobał mi się pokaz z udziałem fok oraz ptaków drapieżnych, które latały tuż nad Naszymi głowami. Papugi wykonujące cyrkowe sztuczki również były niczego sobie :) Dla ochłody oraz radochy dzieci do dyspozycji jest aquapark. Wstęp: 20 euro. Więcej zdjęć TUTAJ, zachęcam do obejrzenia.
Oficjalna strona: http://www.ranchotexaslanzarote.com/park/

~~ JARDIN DE CACTUS ~~
 

Są wśród Was miłośnicy kaktusów? Jeśli tak to witajcie w raju! Ogród ten jest wspaniałym dziełem architektonicznym, idealnie wpasowującym się w krajobraz. Tyle różnych kaktusów moje oczy na raz jeszcze nigdy nie widziały. Chodząc po ogrodzie bardzo intensywnie myślałam o swojej najlepszej przyjaciółce, która zbiera kaktusy i niewątpliwie zakochałaby się w tym miejscu. Coś pięknego i godnego obejrzenia choćby na zdjęciach TUTAJ. Wejście: 5,50 euro.
~~ PUERTO DE LOS MARMOLES ~~
 

Ten, na swój sposób, piękny wrak znajduje się pomiędzy miastami Arrecife a Costa Teguise w zatoce Los Marmoles. Statek został wybudowany w 1954 roku w Londynie. Jeśli ciekawi Was to jak wylądował u wybrzeży Lanzarote to zachęcam do poszperania w Internecie. My lubimy takie atrakcje więc nie mogliśmy pominąć tego punktu na mapie. Wrak się jeszcze dość dobrze trzyma i cieszy oczy turystów.

Więcej zdjęć TUTAJ.

~~ LAGOMAR ~~


LagOmar położone jest w małym miasteczku Nazaret i osadzone, a właściwie zatopione, w kamiennych wzgórzach. To najbardziej imponujący i przyciągający turystów budynek w tej okolicy. Biel murów przyciąga wzrok, a niezliczone ogrody skalne i jaskinie zachęcają do odwiedzenia. Budynek jest połączeniem Muzeum, restauracji i baru, które zostały idealnie wkomponowane w krajobraz bez jego naruszania. Jak głosi legenda, budynek ten został zaprojektowany dla słynnego aktora Shariffa Omara, który na krótko wszedł w jego posiadanie, a następnie przegrał go w brydża. Powiem szczerze, że kompleks na prawdę robi ogromne wrażenie. Surowe, a zarazem pełne duszy wnętrza współgrają z delikatną zielenią roślin i stonowanymi kolorami skał. Zakamarki i baseniki dodają temu uroku :)

Więcej zdjęć TUTAJ.


~~ CESAR MANRIQUE ~~
 

Cesar Manrique to osoba mi dotąd nieznana. Jedyne co wiedziałam o tym człowieku to to, że jego dłońmi zostało pomalowane BMW 730i, które stoi w Naszej sypialni jako model w skali 1:18. Okazało się jednak, że człowiek ten jest wspaniałym artystą, któremu warto poświęcić więcej uwagi. Otóż Pan ten zaprojektował większość atrakcji na Lanzarote oraz innych wyspach, jakie dziś cieszą turystów. Stworzył on słynną restaurację El Diablo, Mirador del Rio, Jardin de Cactus, ogrody i baseny w hotelu Los Salinas, Jameos del Aqua, LagOmar oraz wiele innych obiektów i pomników. Właściwie gdzie się nie ruszyliśmy tam przewijało się jego nazwisko. Manrique czynnie brał również udział w walce na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego Lanzarote. Mieliśmy okazję zwiedzić fundację powstałą w jednej z jego posiadłości oraz dom, w którym mieszkał i tworzył. Piękne wnętrza i niesamowity warsztat do pracy. Po tych wizytach na pewno bliżej przyjrzę się sylwetce Cesara Manrique i Was również do tego zachęcam.
Więcej zdjęć TUTAJ.

 Oficjalna strona: http://www.cesarmanrique.com/

~~ ALOE VERA ~~

Każdy z Was zapewne słyszał o dobroczynności Aloesu. Nie trudno być dobrym jak się ma w sobie ponad 140 biologicznie czynnych składników, prawda? Podobno ten prawdziwy i działający cuda Aloes rośnie na Fuertaventurze. Przychodzę więc do Was z ostrzeżeniem! Na Lanzarote na każdym kroku możecie znaleźć sklepy oferujące produkty, które podobno wytwarzane są na bazie Aloesu i w ogóle super hiper, wszyscy kupujemy. Otóż nie! Nauczona doświadczeniem i przestrzeżona przez pewnego Niemca, który zna się na rzeczy, zerknęłam na skład produktów oferowanych przez uśmiechnięte, wypacykowane i „wyglądam młodziej dzięki Aloesowi” Panie. Lista składników bardzo długa, a na miejscu pierwszym woda, gliceryna, parafina, itd. A gdzie nasz ekstrakt z Aloesu? Czasem w środku, a czasem na końcu listy. I od słówka do słówka okazuje się, że te wspaniałe produkty ekstraktu w sobie mają zaledwie 2-3%. Ja przepraszam bardzo, ale to mnie nie kręci. Podreptaliśmy trochę, poszukaliśmy, popytaliśmy i jest! Są na rynku światowym kosmetyki/suplementy, które faktycznie (mam taką nadzieję i szczerze w to wierzę) w swoim składzie mają ponad 90% ekstraktu z tej rośliny. Takie dobroci oferuje marka Aloe Vera Fresca, na które się skusiliśmy. Nie powiem Wam w tej chwili czy faktycznie te kosmetyki/suplementy są dobre, ponieważ testuję je zaledwie od dwóch tygodni, ale moje pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Zakupy robiliśmy w sklepie stacjonarnym, a w gratisie dostaliśmy dwa duże Aloesy, które widzicie na zdjęciu powyżej. Liście mają tak mięsiste, że już zacieram rączki, kiedy będę mogła je podcinać i korzystać bezpośrednio z dobrodziejstwa miąższu. Chcę jednak poczekać z tym, aż się trochę roślinki rozrosną ;)

Nasza wycieczka dobiegła końca. Mam nadzieję, że dzielnie dotrwaliście do końca. Miło byłoby również, gdybym w części z Was obudziła wspaniałe wspomnienia, a innych zachęciła do odwiedzenia wyspy. Napomknę jeszcze, że nie trzeba mieć dużego budżetu, aby powrócić z walizkami wypełnionymi pamiątkami. Pocztówki, koszulki czy inne pamiątki są na prawdę bardzo przystępne cenowo. Podobnie jest z lokalnymi restauracjami, za na prawdę niewielkie pieniądze można zjeść dobrze i dużo. Co Nas zaskoczyło to ceny alkoholi, które były dużo, dużo niższe niż w Szwajcarii czy w Niemczech. Pamiętając jednak o limitach, nie należy szaleć z tego typu zakupami. Wydaje mi się jednak, że najwięcej pieniędzy zżerają wejściówki. Z drugiej strony będąc na wyspie i nie mając pewności czy ponownie się tam zawita, aż żal nie skorzystać z okazji i nie zobaczyć czegoś więcej poza hotelowym basenem ;)
(Visited 412 times, 1 visits today)

4 Comments

  1. Kuchnia i Podróże napisał(a):

    Piękne miejsca, widoki zapierające dech w piersi i niezapomniane wspomnienia, super wycieczka :-)
    My wolimy jednak podróże na własną rękę nie z biurem podróży, można więcej zobaczyć,bardziej poczuć klimat danego miejsca i kosztowo jest taniej ;-)

  2. Marzy mi się Lanzarote i Fuerteventura, ale ciągle odkładam te kierunki na przyszłość. Albo ceny biletów lotniczych są za wysokie, albo akurat mamy w tym czasie inny wyjazd… Ale kiedyś przyjdzie kolej i na te wyspy :) Piękne zdjęcia!

  3. Klaudia napisał(a):

    Wspaniałe zdjęcia, aż chce się tam lecieć! :) Pozdrawiam

  4. Sylwia napisał(a):

    Super relacja z wycieczki. Wyspa jeszcze przez nas nie zostala zwiedzona, ale bedziemy nadrabiac zaleglosci ;) Sliczne zdjecia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.